Kwestia zasadnicza

Pomiędzy jedną zakąską a drugą, pomiędzy kolejnymi konwersacjami z poszczególnymi gośćmi, którzy zaszczycili senatora swą obecnością, serce i dusza po trosze, a żołądek przede wszystkim, nieuchronnie domagają się kwestii zasadniczej. Czegoś co spoiło by ze sobą poszczególne łyki trunków wszelakich, nie zawsze do siebie pasujących, a często wręcz wzajmenie się wykluczających. Czegoś co ułożyłoby spójność we mnie, bym mógł ją w sobie nosić i w całości kontorlować, a w razie utraty nad nią konktroli, spójnie i w całości wyłożyć ją na stół, tudzież do senatorskiego rezerwuaru.

Kwestia zasadnicza tyczyć się będzie opozycji, lecz w tym ciut dawniejszym znaczeniu. Nie mam tu na myśli oczywiście Donaldinia z jego świtą, z czasu gdy panował nam jeszcze Wielce Czcigodny Jarosław. Myślę o tej opozycji, w której się staje, w której się stawia oraz w której jest się stawianym. A dokładniej o tej ostatniej. Wymieniając poglądy przy papierosie w palarni na tarasie, żywo dyskutując z naalkoholizowanymi gośćmi balu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że za wszelką cenę pragną mnie oni postawić w opozycji. Otóż w mózgach tychże istot nie mieści się fakt, że można krytykować (złe słowo - z błotem mieszać raczej) działania Donaldinia, nie będąć jednocześnie przydupasem do niedawna nam jeszcze panującego Jarosława. Każda wypowiedź uderzająca w POjebów trafia na tarczę - PiSiory były gorsze. Co dziwne, argument, że NSDAP było jeszcze gorsze jakoś do nich nie trafia. Martwi mnie to mocno i przyprawia o niespodziewane ataki migreny.

Po kolejnym brudenszafcie, partner od kielicha poklepuje mnie po ramieniu patrząc mi głęboko w oczy. Łzy w nich widzę, łzy współczucia, że jedyna słuszna prawda do mnie dotrzeć nie chce. Że jak ja mogę takiego zacnego i wielkiego człowieka, za którym większość idzie z zamkniętymi oczami, niczym nie przymierzając podczas staropolskiej zabawy weselnej “wężem” zwanej nie rozumieć. Jak ja mogę mu nie zaufać? Jak mogę tych kilku drobnych opóźnien w realizacji planu nie wybaczyć? Ani chybi z opozycji być muszę. Jarosław Wielki mnie w głowie namieszał i wizją swoją omamił.

Gówno. Jak psów tych i tych i wszystkich naokoło jeszcze nienawidzę. Bo to oni wszyscy do spółki próbują wepchnąć nam w głowę myślenie tym przeklętym schematem. Albo z nami - albo z nimi. To właśnie oni - najpierw przez dwa lata jechali na oskarżaniu jedni drugich o rzucanie belek pod nogi, przez co (a dla nich raczej “dzięki czemu”) nie mogli zrobić nic, poza nachapaniem się tego co nasze, a teraz od paru miesięcy drudzy jednych oskarżają o tamto oskarżanie. Dalej nic nie robią, a szumu koło nich wiele. Oni życ bez siebie nie mogą. Istnieją tylko dzięki stawianiu się w opozycji - PiSiory do POjebów, POjeby do PiSiorów. Jak inaczej wytłumaczyć ślepy wężowy marsz za prowadzącym, mimo że ten naszpikowany trunkami wszelakimi od dłuższego czasu kręci się w kółko?

Senator zaciera ręce. Nie dość, że goście tanczą dokładnie po jego myśli, profanując wiedeńskiego walca pospolitymi przytupajkami, to święcie są przekonani, że czynią to z własnej wewnętrznej potrzeby kwestii zasadniczej, o którą dopominją się ich żołądki. Senator ogłosił podział na Kaczory i Donaldy, a goście jego zapomnieli, że kiedyś była to przecież jedna postać. Głupia i groteskowa - ale przynosząca spory profit.

Boję się tylko, że jak wszyscy wytrzeźwieją to zaczną hurtowo swoje spójne kwestie zasadnicze wyrzucać z siebie. I coś mi się widzi, że czeka nas wielki potop syfu, po którym sprzątać trzeba będzie naprawdę długo. A senator rąk sobie brudził nie będzie.

timoboll

~ autor timoboll w dniu luty 11, 2008.

Odpowiedzi: 3 to “Kwestia zasadnicza”

  1. 10 senator opuszki opuchle zacieraniem macza w szampanie klaskaczy dlonmi spuchlemi ryciem w koryciem ryjcow ospalych pchaniem w poslady nie od parady tych co nie majac innej zabawy senatorowi szczaja do kawy
    20 goto 10

  2. syntax error

  3. syntax terror

Napisz odpowiedź