Ohhhh…. Ma obsesyjo…
Dreszcze mną targają, bo oto w nucie balu senatorskiego chwila przerwy. Dymkiem się można zaciągnąć, z damami pięknemi porozmawiać, a nade wszystko relaks mózgu przy prasie ukochanej poczynić. Skąd u Ciebie Timo ta obsesja? Goście pytają. A ja ręcę tylko bezradnie rozkładam, uśmiech głupawy na buzię ubieram i nawet w duszy śmiechu szyderczego wykrzesać nie mogę, no bo nie wiem po prostu! Najzwyczajniej w świecie nie wiem…
Młody ciałem i duchem, nie tak dawno temu jeszcze wróciłem z filmu niejakiego Michaela Moora, którego tytuł brzmiał “Zabawy z bronią”. Szukając wad systemu wszędzie gdzie się da, a nade wszystko szukając potwierdzenia dla swej małej obsesyi, sięgnąłem po ukochaną gazetę z czerwonym prostokątem z boku, by dowiedzieć się o podłych manipulacjach tego pseudo-dokumentalisty. Z innymi zjednoczonymi w wierze w prostokąt dyskutując, przekonałem się, że ja faktycznie jakiś nie taki – że ten Moore to idiota, a filmu to nawet nie oglądali. W kwiecie wieku będąc, wybrałem się na kolejny film z cyklu – “Fahrenheit 9/11″. Zgłodniały rzuciłem się po powrocie na recenzję i na szczęście okazało się, że Moore trochę (niedużo – bo wciąż przeciwny wojnie w Iraku) zmądrzał. Namawia do głosowania na Ala Gora. Dysonanse się we mnie tworzyły nieustannie…
Aż wreszcie, niedawno trafiła mi w ręce recenzja ostatniego filmu Moora… Otóż słuchajcie! Wreszcie jest! Wreszcie Michael Moore uzyskał prawo do tego by zwać się filmowcem! Przestał już być manipulatorem. “Chorować w USA” pokazało dobitnie, że Michael to dokumentalista z prawdziwego zdarzenia. Chórem potwierdza to grono zjednoczonych w wierze.
Tylko dlaczego kuna, ja mam wrażenie zupełnie odmienne?
K4nia na swoim blogu ostatnio napisał o możliwościach manipulacji, które daje władza nad Google. Dokładnie takie same możliwości, a nawet większe daje władza nad tytułem prasowym – zwłaszcza tak poczytnym jak czerwony prostokąt. Czy mam za złe Gazecie to, że posiada jakąś tam swoją linię? Ależ skąd, w dupie to mam. Czy mam za złe, że manipuluje? Gdzie tam, niech sobie manipuluje.
Dobra propaganda polega jednak na tym, by indoktrynowany wmawiane przekonania uznał za swoje. A mnie niezmiernie bawi obserwowanie reakcji ludziów, którym próbuje się ów proces pokazać. Gdy zaczynaliśmy okupcje Iraku, w gronie młodych socjologów toczyliśmy dyskusje nt. tegoż zdarzenia. Niewielu był takich, którzy jak ja by najzwyczajniej w świecei skurwysyństwem nazwali. Nikt nie śmiał przeciwstawić się “jedynemu źródłu prawdy”. Na szczęście od jakiegoś czasu w “Biblii” kierunek zmienił się zdecydowanie i oto moi bracia w wierze odważyli się również okupację potępić.
A teraz już ręcę z uciechy zacieram, bo mam nieodparte wrażenie, że czerwony prsotokąt znów drobny zwrot teraz wykona. I wszyscy ci, zapatrzeni do tej pory w Słońce Peru i jego cuda, będą wreszcie mogli podnieść głosy w stylu: “ile można czekać!” albo “społeczeństwo zagłosowało na PO, żeby odsunąć Kaczyńskich. Szkoda, że Tusk nic nie pokazał”. Albo jeszcze inaczej: “przynajmniej podniosły się standardy rządzących. Szkoda, że poza tym nie wydarzyło się nic”.
No nie mogę się normalnie doczekać. Na szczęście orkiestra senatorska zaczyna już grać. Idę popatrzyć na w rytm jej tańczących. Pooglądacie ze mną?

http://www.kozal.org/?p=20867
Wpis powyższy znalazł się na blogu niejakiego Kołka. Nie wiem jak działa ów blog – zaminia słowa na ich synonimy. Powiem tyle – wersja Kołka rulez :D
no nie wiem, zawsze myslalem ze po prostu temat bloga Kolka omijamy milczeniem… wiesz… nikt nie mial nic przeciwko.
ci rzyczliwsi byli zdania, ze wiesz, Kolkiem stajesz sie po zmroku, albo po zjedzeniu czegos okropnego…. ale teraz to juz nie wiem.
może po użądleniu?
Haha, a to heca. Szykuje sie niekiepski bal – prawdziwy bal u senatora.
Wg. Onetu:
[i]Do balu z okazji 11 Listopada, który organizuje Lech Kaczyński, pozostał niewiele ponad miesiąc, a wciąż nie wiadomo, kto dokładnie do Polski przyjedzie. Na uroczystość zaproszono przywódców z 55 krajów, w tym prezydentów Stanów Zjednoczonych, Rosji, Francji i Gruzji.[/i]